Rozmowy przy stole z Samar Khanafer

Samar Khanafer – blogerka, uczestniczka III edycji programu MasterChef, autorka książki „Hummus za’atar i granaty”, a prywatnie żona i świeżo upieczona mama. W jej żyłach płynie krew polska i libańska, co widać przede wszystkim na jej talerzu. Swoją karierę kulinarną rozpoczęła już jako młoda dama, lepiąc ciasteczka z galaretkami. Później, gdy wyprowadziła się z domu, zaczęła gotować na poważnie – zaczynając od pesto,  a kończąc na słodkich bułeczkach kaaku. O libańskich korzeniach i smakach z dzieciństwa, o wybuchowym Gordonie i Michel Roux no i oczywiście o jedzeniu, rozmawiamy dziś z Samar Khanafer.

Petersburg, liban, polska – początki.

CDWM-Samar-Khanafer-3

Urodziłaś się w Petersburgu, Twoja mama jest Polką, a tata Libańczykiem. A Ty?

Chyba wszystkim po trochu. Urodziłam się w Rosji, ale nie mam korzeni rosyjskich. Inna sprawa, że miejsce w którym się rodzisz to jest coś na co nie masz wpływu. Jeśli chodzi o to czy jestem bardziej Polką czy Libanką to nie mam na to jednoznacznej odpowiedzi. Dobrze czuję się zarówno w Polsce jak i w Libanie. Myślę, że bardziej niż pochodzenie kreują nas miejsca – w dzisiejszych czasach, ludzie sporo podróżują, mieszają się. Podobnie jak wiele osób, nie potrafię wskazać jednego kraju z którym się utożsamiam. Zarówno w Polsce jak i w Libanie mam swoje uliczki, miejsca, które mnie w jakiś sposób ukształtowały – tutaj sobie wbiłam coś tam w nogę, tam pocałowałam się po raz pierwszy… Miejsca to emocje to one kształtują naszą tożsamość. Tak samo, mam swoje miejsca w Londynie, gdzie przez spory kawałek życia mieszkał mój mąż – mamy tam swoją ulubioną knajpę hinduską, huśtawki, ulubione uliczki. Miejsca budują Twoją osobowość, nie pochodzenie.

Czyli jesteś po prostu sobą… Wróćmy na chwilę do Twych libańskich korzeni i do dzieciństwa. Jaki pierwszy smak libański pamiętasz?

Jako pierwszy, przypomina mi się fast food libański – shawarma i frytki. Frytki królują na arabskim stole podczas każdego posiłku, tak samo jak u nas puree ziemniaczane. To są takie prawdziwe, złote i chrupiące, smażone w głębokim tłuszczu frytki.  Smak libański to też smak domowych potraw przygotowywanych przez babcię, ciocie, a w Polsce tatę. U nas też bardzo dużo się gotowało, więc to co jest u mnie w książce jest odzwierciedleniem tego co pojawiało się u nas na stole. Moja babcia na przykład zawsze robiła na nasz przyjazd nadziewane warzywa i liście winogron. To są smaki, które składają się na moje wspomnienia.

Masz jakieś ciekawe wspomnienia z Libanu?

Pierwszy raz byłam w Libanie tuż po narodzeniu. Wiem, że przebili mi wtedy uszy, bo tam przebija się uszy niemowlakom. Ale oczywiście, nie zapamiętałam wcale tej podróży. Pierwsza podróż, jaką sobie przypominam to ta w wieku ok. 7 lat. Dobrze to pamiętam, bo znalazłam wtedy jaszczurkę. Bardzo lubię zwierzęta, więc ją pocałowałam i trafiłam do szpitala, bo jaszczurka okazała się jadowita.

A skąd się wzięła pasja do gotowania?

To przyszło naturalnie. Gdy wyprowadziłam się z domu zaczęłam gotować. Od zawsze bardzo lubiłam piec. Pamiętam, że jako dziecko dostałam książeczkę “Gotuj z Barbie”, z której pasjami wypiekałam ciasteczka z galaretkami. Mama zawsze gotowała i piekła, ale raczej klasycznie – bez kombinacji – napoleonka, karpatka, szarlotka. W życiu każdego człowieka nadchodzi jednak ten moment, gdy wyprowadza się z domu i mama nie serwuje już obiadów, wtedy właśnie zaczęłam gotować.

Od czego zaczynałaś?

To były bardzo proste dania. Pracując od rana do wieczora w agencji reklamowej, nie mogłam sobie pozwolić na nic skomplikowanego – zazwyczaj był to makaron z pesto – nie tylko go uwielbiałam, ale też jego przygotowanie zajmowało 3 minuty.

samar-3

CDWM-Samar-Khanafer-8

CDWM-Samar-Khanafer-19

Mało libańskie…

Mało libańskie, mało polskie [śmiech]. Niestety nie było na nic ambitniejszego czasu. Ja też jestem osobą, która nie lubi jakoś specjalnie mięsa, więc to była najszybsza opcja. Poza tym, chyba jeszcze wtedy nie gotowałam dla siebie zaawansowanych dań, bo jak dotąd zawsze gotowali rodzice.  

Przygoda w masterchefie

Rok 2014, rok pełen wrażeń – MasterChef i Twój ślub. Zacznijmy jednak od tego pierwszego. MasterChef  – nauczył Cię czegoś?

To nie jest program, który czegoś uczy. To jest konkurs, który sprawdza zarówno Twoje umiejętności i doświadczenie kulinarne, jak i panowanie nad emocjami. Ten program ma weryfikować, a nie uczyć. MasterChef dał mi coś cenniejszego niż nauka – pewność siebie. Gdyby nie ten program to nie wydałabym książki, nie pisałabym bloga itd., bo wydawało mi się, że choć potrafię zrobić smaczny obiad, nie mam w tej kwestii tak wiele do wniesienia. Docenienie przez Michela Roux, Gordona Ramseya czy Magdę Gessler bardzo dużo mi dało. Nawet nie chodzi o sam fakt, że to Gordon, a o to, że ktoś docenia to co tworzę. Wcześniej wydawało mi się, że mam wiedzę poniżej przeciętnej… że każdy piecze drożdżowe bułki, chleb… że każdy wie co to zaczyn czy sos holenderski. Wydawało mi się to naturalne. W MasterChefie dowiedziałam się wiele o sobie. Ten program pozwala odkryć siebie. Dał mi świadomość swoich umiejętności, a to wiele cenniejsze niż jakakolwiek kulinarna lekcja.

Mówisz, że przed Masterchefem nie wiedziałaś, że potrafisz dobrze gotować… Ale jednak się zgłosiłaś. Dlaczego?

Maż mnie zgłosił, a ja potraktowałam to jako żart. On pierwszy zobaczył we mnie potencjał i powiedział mi, że to co gotuje jest pyszne i niecodzienne.

No właśnie… Kamery, presja czasu. Duży stres?

Nie, ja się nie stresowałam. Byłam wtedy na parę miesięcy przed ślubem i miałam różne rozgrzebane projekty zawodowe. Dla mnie MasterChef to była odskocznia od stresów. Oczywiście wszystko zależy od podejścia. Jeśli traktujesz ten program jako szansę, która zmieni Twoje życie to podejrzewam, że jest to spory stres. U mnie nie było takiego założenia, miałam swoją pracę i pozycję zawodową, a program był dla mnie tylko sposobem na to by się sprawdzić w innej dziedzinie. Nie miałam nic do ukrycia i nic do stracenia. A co do presji czasu, to jedną z rzeczy jakich się o sobie dowiedziałam to było to, że jestem ponadprzeciętnie szybka. To też pomogło mojemu małżeństwu [śmiech].

Naprawdę?

Zawsze narzekałam na męża, że jest wolny. W końcu zrozumiałam, że to ja jestem po prostu bardzo szybka. W konkurencji, w której mieliśmy zrobić łososia w cieście francuskim z Michelem Roux, byłam szybsza od szefa i wygrałam konkurencję zostawiając całą resztę w tyle.

CDWM-Samar-Khanafer-22

Podejrzewam, że większość blogerów kulinarnych i pasjonatów gotowania marzy o spotkaniu twarzą w twarz z Gordonem. Jakie to uczucie spotkać takiego kulinarnego guru?

To nie Gordon jest moim kulinarnym guru – dużo większe wrażenie robił od zawsze na mnie Michel Roux, który swoją drogą był nauczycielem Gordona Ramseya. Od niego, moim zdaniem, Gordon ma się nadal czego uczyć, nie tylko technik kulinarnych, ale też spokoju i opanowania w kuchni. Dla mnie to wygląda tak: Gordon to wybitny szef, ale przeciętny nauczyciel, a Michel Roux to ktoś kto spod swych skrzydeł wypuszcza perły.

Gordon rzeczywiście jest taki wybuchowy?

Tego nie wiem. Na planie i poza nim pokazał się z tej wybuchowej strony. Dla mnie jego zachowanie było stresujące, bo jak ktoś ciągle na Ciebie krzyczy bez powodu to po prostu nie jest fajne.

Jednak w kuchni czasem trzeba krzyknąć?

Ja uważam, że kuchnia jest miejscem bardzo przyjemnym. Oczywiście, często kuchnia pokazywana jest przez pryzmat krzyków, ale to nie musi tak wyglądać. Oczywiście, w kuchni jest rozgardiasz, ale przy dobrej organizacji niepotrzebny jest krzyk. Są kuchnie, które pracują w totalnej ciszy i milczeniu, chociażby w Nomie tak jest. Mają wszystko ułożone i krzyk jest zbędny.  

plany na przyszłość

2014 rok, to również drugie ważne wydarzenie – Twoje wesele. Obyło się w libańskim stylu?

Raczej w międzynarodowym – mieliśmy gości z całego świata.

A jedzenie?

Jedzenie było polskie. Wesele odbywało się w restauracji Adama Gesslera, a kuchnia była inspirowana polską kuchnią lat 20-tych. Pan Adam postanowił ugościć nas wg. zasad stawiania stołów w Polsce „przed zaborowej”, gdzie stoły nakrywano jedzeniem w następującej kolejności: 1. stół drobiowy, 2. stół rybny, 3. stół leśny, 4. stół mięsny, 5. stół deserowy. Każdy stół miał 2-3 dania gorące i 5-10 zimnych przystawek. Dla przykładu – stół rybny prezentował się następująco: jako dania gorące kucharze serwowali pieczonego łososia bałtyckiego, pieczonego sandacza i wazę z zupą rybną, a na stołach pojawiły się przystawki zimne: łosoś bałtycki marynowany, łosoś w galarecie, sandacz w galarecie, karp po żydowsku (Wireckiego z Wiednia), dziki karp zatorski wędzony, węgorz wędzony oraz sardynki. Stoły przez cały okres przyjęcia były uzupełniane, co dwie godziny zaskakując gości nowymi potrawami i przystawkami.

Nie mogę nie wykorzystać Twojego błogosławionego stanu i nie zapytać… Będzie chłopiec czy dziewczynka?

Dziewczynka!

post_172_3
post_171_2
post_169_3
post_168_3

Po przepisy na pyszne dania zapraszamy na bloga: http://www.blogsamar.com
 

Macie już wybrane imię?CDWM-Samar-Khanafer-9

Tak, Mia! Miała być Apolonia, już wiele lat temu wymyśliłam sobie takie imię dla córki, ale stało się ostatnio bardzo popularne. Imię Mia wpadło mi do głowy zupełnie znienacka. Pamiętam tę chwilę bardzo dobrze: siedziałam na lotnisku w Londynie i nagle wpadło mi do głowy imię Mia. Zadzwoniłam do męża, jemu też się spodobało. I tak wybraliśmy imię.

W 2015 roku światło dzienne ujrzała Twoja autorska książka “Hummus, za’atar i granaty. Kulinarna podróż po Libanie”. Jaki przepis poleciłabyś naszym czytalnikom najbardziej? Od którego warto zacząć?  

Cała książka jest do zjedzenia! Zaczęłabym jednak od shawarmy – klasyki arabskiego streetfoodu, którego nie zjecie nigdzie indziej oraz słodkiego kaaku (drożdżowe bułeczki) mojej babci.

Masz jakieś swoje kulinarne rytuały? Albo ważne posiłki, które lubisz celebrować?

Staram się jeść regularnie i trzymać się 5 posiłków dziennie. Dlatego dla mnie najważniejsze jest dobrze wprowadzić się w dzień fajnym śniadaniem. Śniadanie dla mnie to nie tylko posiłek, ale też związane z nim małe rytuały, poranna kawa i wspólne rozmowy przy stole. Po takim początku dnia dostaję energii do działania!

Co zjesz jutro na śniadanie?

Budyń jaglany z truskawkami, przyprawiony mahlabem (przyprawa z pestek wiśni wonnej) z pistacjami. To taki przykład na połączenie Polski i Libanu na talerzu.

Rozmawiała: Wiktoria Przybylska (Fill The Bowl)

Zdjęcia: Joanna Bartnik (Fotografia Coolinarna)

Wiktoria Przybylska

Nazywam się Wiktoria i 5 lat temu wyrzuciłam z kuchni białą mąkę i cukier. Życie bez glutenu i cukru, okazało się dla mnie nie tylko smaczne, ale i inspirujące. Staram się promować weganizm wśród mięsożerców serwując im tofurnik, fasolowe brownie czy moją ukochaną jaglankę. Jestem ciągle w ruchu i cały czas się przemieszczam. Od 5 lat nie mieszkałam dłużej niż 7 miesięcy w jednym miejscu i cierpię na permanentny brak blendera.

Odwiedź bloga
Wszystkie przepisy autora

+ Brak komentarzy

Dodaj swój komentarz